środa, 11 marca 2015

Niedziela

Było idealnie. Nie wiał wiatr. Nie padał deszcz. Nie było zbyt ciepło. Ani zbyt zimno. Słońce nie dawało mocnych kabulskich cieni. W końcu przyszły chmury - żadcy goście. Chmury szare, delikatne, zakrywały całe niebo.

Była niedziela. Dzień pracy. Ale tego dnia niedziela stała się Niedzielą. Słuchał radia BBC4, słuchał mszy. Klematis piął się nieprędko do nieba. Chorały podążały za klematisem. Wczoraj padał deszcz, więc powietrze było czyste i przesycone zapachem ziemi. Ja czułam zapach kadzidła, prosto z londyńskiej katedry. W Kabulu.

Pracował w ogrodzie. Podlewał kwiaty. Broda, tatuaże. Również te trzy kropki, które ukrywa pod grubym paskiem zegarka. Dźwięki mszy. Patrzyłam na klematis, słyszałam jak przekłada donice z ziemią. Psy spały.

Powiedział - Trochę normalności. Msza w niedzielę i zajęcie się roślinami.

Wątpiłam, żeby to było to co robił w niedzielę, kiedy było "normalnie".

To była kwestia świata. To była kwestia muzyki. Widziałam piękno. Rozpoznałam je jak dawno niesłyszany język. Na chwilę chciałam pamiętac tylko ten.

----
No więc mam i dobre wspomniena z Afghanistanu. W skrócie: mój wspólokator podlewa kwiaty.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz